1956 rok zdecydowanie należał do Elvisa. Nigdy wcześniej w historii żaden wykonawca w taki sposób nie zdominował list przebojów i nie był tak wszechobecny w świadomości publicznej. Jedni go nienawidzili, inni kochali. Powstała kontrowersja jedynie napędzała zainteresowanie rosnące wokół piosenkarza. Wraz z pojawianiem się kolejnych hitów pokroju Hound Dog czy Heartbreak Hotel, dwudziestojednoletni młodzieniec rozpoczął falę inspiracji dla niezliczonych przyszłych artystów i na stałe zapisał się w historii rozrywki. Po wielkim sukcesie pierwszego longplaya, naturalnym krokiem było oczywiście nagranie kolejnego albumu. Recenzowany dziś krążek nie jest może przeze mnie oceniony tak wysoko jak debiut, ale osobiście lubię go nawet nieco bardziej, co poniżej wyjaśnię szerzej. Z uwagi na panującą wtedy politykę wydawniczą - single z dużymi hitami wypuszczano oddzielnie i zazwyczaj nie umieszczano ich na regularnych albumach - nie znajdziemy tutaj żadnego słynnego przeboju Presleya. Czy z tego powodu jest to słaba płyta? Zdecydowanie nie!

